Ostatnio mniej się udzielam, mniej piszę, jestem przytłoczona ilością bodźców, emocji i wrażeń na każdej płaszczyźnie życia. To było trudne półrocze. Czasem jednak trzeba dać sobie prawo do wyciszenia i odpoczynku. Niedługo wyjeżdżamy na upragnione wakacje, ale przed nami jeszcze zakończenie roku i oczekiwanie na wyniki rekrutacji.
W ostatnim poście pisałam o osiągnięciach Młodego. W tym chciałabym napisać o tym, jaką przebył drogę i co się na ten jego niewątpliwy sukces złożyło.
Pierwsze trzy lata w szkole były dla mnie hardcorowe i to nie z powodu jego zachowania w szkole, ale właśnie po szkole, w domu. Mądrość i doświadczenie jego wychowawczyni, pani Agnieszki pomogła mi w całym procesie dotarcia do właściwej diagnozy, która miała miejsce dopiero w trzeciej klasie i trwała rok.
-Proszę pani, syn ma zespół Aspergera – dźwięczą mi do dzisiaj w uszach słowa lekarza psychiatry.
Wiedziałam, że diagnozuję go w kierunku spektrum, ale wciąż myślałam, że to nieprawda, że usłyszę zaprzeczenie moich domysłów…
– Panie doktorze, myślałam, że pan jednak stwierdzi, że to nie jest ZA, że syn jednak nie ma wszystkich potrzebnych cech, aby zdiagnozować właśnie spektrum.
-Jestem na 100% pewny – odparł doktor i tym samym mój świat rozsypał się na kawałki. Przez dwa tygodnie nie mogłam się pozbierać, sama zaskoczona własną reakcją.
Co się działo dalej, to wiadomo: działanie po omacku, poradnia, orzeczenie, szkoła, lęk o przyszłość. Rozmowy z byłym mężem, który nie przyjął diagnozy, na szczęście zgodził się ustalić wspólne rutyny w naszych oddzielnych domach. Spotykaliśmy się we trójkę z opiekunką i ustalaliśmy plan działania: zarówno ten codzienny jak i kryzysowy. „Uruchomiliśmy” gorącą linię w sytuacjach awaryjnych, tzn, gdy coś się zmieniało, od razu nawzajem się informowaliśmy. Dziś myślę, że ustalenie wspólnego frontu w przypadku świeżo upieczonych rozwodników, to było mistrzostwo świata i jestem za to bardzo wdzięczna mojemu byłemu mężowi.
W międzyczasie trwał proces akceptacyjny. To, co dzisiaj mogę powiedzieć i co na zawsze zmieniło moje relacje z synem, to pełna akceptacja. To trwało kolejne kilka lat, ale w końcu się udało. Od tego momentu mam inne dziecko. Wiem jednak, że gdybym wtedy miała tą wiedzę, co dzisiaj, ten proces trwałby znacznie której i oszczędziłabym nam wszystkim wielu trudnych sytuacji.
Szkoła – działałam po omacku. Nie wiedziałam, na czym stoję, jakie mam prawa, nie było żadnych grup wsparcia. Nie miałam możliwości zapewnienia dziecku wszystkich terapii, na których mi zależało i o których wyczytałam, że są ważne. Względy były różne: z jednej strony po prostu w naszym mieście takich terapii nie było, a na dojazdy na prywatne terapie do Wrocławia nie miałam czasu, ani pieniędzy. Nauczyciele – postanowiłam spotkać się i porozmawiać, żeby poznali Młodego z jego potencjałem i ewentualnymi trudnościami. Wytłumaczyłam na czym polega jego szczególność, czego mogą oczekiwać, na co mają nie zwracać uwagi, a na co powinni i w jaki sposób ja mogę im pomóc. Z początku, jak to przy ukrytej dysfunkcji, zderzałam się z niezrozumieniem, usiłowaniem pokazania mi, że ZA to moja fanaberia, że Młody przecież jest zdrowym i normalnym dzieckiem. Oczywiście, jest zdrowy i normalny! Ma tylko inny system operacyjny. Po dwóch latach pojawiło się pełne zrozumienie i współpraca, mogłam liczyć nie tylko na nauczycieli ale też na dyrektora. W razie problemów wspólnie ustalaliśmy plan działania, żeby zbudować Młodego i umożliwić mu rozwój potencjału.
W szóstej klasie zwolniłam opiekunkę, która pomagała synowi w zadaniach domowych, gdy ja byłam w pracy. Oceny poszybowały w dół ale i przez to przebrnęliśmy, bo nie chodziło o oceny, tylko o skok na kolejny poziom rozwoju. Nauczyciele o tym wiedzieli, tym bardziej ożyła korespondencja edziennikowa. Mieliśmy też wspaniałą panią pedagog, która zbierała nie tylko Młodego ale i mnie z podłogi, gdy trud codzienności zbytnio przygniatał. Sama zaczęłam udzielać się w tworzonych grupach w internecie, oraz bardzo mocno wsłuchiwałam się we własną intuicję i w Młodego. Postanowiłam postawić na komunikację, którą wszyscy w domu mocno zweryfikowaliśmy i skończyły się ataki agresji. Młody obwieścił mi pewnego dnia, że jest dumny, że ma ZA.
Ósma klasa przyniosła spodziewany lęk przed egzaminami i przyszłością. Ale przyniosła również dojrzałość i nowe odkrycia. Młody zaczął się uczyć naszej instrukcji obsługi. Oczywiście wcześniej też jej uczyliśmy, ale teraz robił to świadomie. Godziny rozmów, pytań i odpowiedzi. Kształtowanie świadomej komunikacji. W szkole dało to świetny efekt, szczególnie w ostatnich dwóch miesiącach. Kończymy ten poziom edukacji z sukcesem znacznie większym, niż się spodziewaliśmy. Celowo piszę „my”, bo to my wszyscy kończymy ten etap: Młody i my – jego bliscy. Gdyby nie wsparcie i zrozumienie nauczycieli byłoby to prawie niemożliwe.
Dla mnie to też była szkoła – szkoła życia, która zweryfikowała wszystko, co dotychczas wypracowałam. Nauczyłam się na nowo komunikacji, akceptacji, odkryłam, jak głęboka jest definicja miłości.
Jestem wdzięczna wszystkim osobom, które spotkałam na tej drodze i które okazały nam wsparcie. To ogromne szczęście, że mieliśmy siebie. Przed nami kolejny sprawdzian, który zweryfikuje na ile silny jest kręgosłup Młodego – nowa szkoła, skok w dorosłe życie, skok w marzenia i plany. Bardzo mocno kibicuję Ci Synu.